Archiwum!

sobota, 17 listopada 2012

Rozdział 27.


Zza chmur wyjrzało słońce, które ogrzewało nasze blade i przemęczone twarze. Dzisiejszego dnia wcale nie było tak zimno co bardzo mi odpowiadało.
Szliśmy ramię w ramię, a ja co chwilę zerkałam na twarz Liama. Najwidoczniej starał się ukryć swoje uczucia głęboko, bo lekko się uśmiechał. Nie dało się jednak nie zauważyć tego bólu w jego oczach.
Plan na dzisiejszy dzień był taki, że wraz z moją ukochaną parą – Faye i Zayn’em – wybraliśmy się do Wesołego Miasteczka. Wraz z moją przyjaciółką postanowiliśmy, że musimy jakoś odpędzić bolesne myśli Liama dotyczące straty ojca.
- Podobno Zayn i Faye wybierają się dzisiaj do wesołego miasteczka. Dołączymy do nich?
Zacisnęłam wargi i usiadłam na pobliskiej ławce, prosząc by reszta poszła sama po smakołyki.
Wzięłam kilka głębszych wdechów, chcąc się uspokoić.
To było takie bolesne i straszne. Dlaczego moje myśli wciąż krążyły koło Harry’ego? Tak trudno było mi się pogodzić z myślą, że on mnie nie kochał? Że nie był wcale taki dobry?
I niby wszystko było już w porządku? Nie. Wydawało mi się, że jest jeszcze gorzej. Starałam się nie przejmować tym wszystkim co mnie teraz otaczało. Nie życzyłam sobie problemów miłosnych. Przenigdy nawet o takich nie marzyłam!
Motina zaginęła, ale to nie oznaczało, że będzie koniec problemów. To wręcz zwiastowało początek kolejnej apokalipsy.
Rozwiązałam szalik, który gryzł mnie w szyję i wrzuciłam go do plecaka. Uniosłam wzrok i ujrzałam trójkę przyjaciół, idących w moją stronę ze smakołykami.
- Kupiłem ci popcorn –szepnął Li, podając mi jeszcze gorący kubeczek z solonym popcornem. Do ust napłynęła mi ślinka. – Wiem, że nie przepadasz za watą cukrową.
Posłałam mu wdzięczny uśmiech.
- Nie wiem jak wy, ale ja na pewno idę na karuzelę! – powiedział Zayn, rzucając swojej dziewczynie zachęcające i łobuzerskie spojrzenie. – I wiesz, Aniołku, idziesz ze mną.
Faye wydęła wargi niemal prychając w jego stronę. Ugryzła kawałek waty cukrowej, mówiąc:
- Nigdzie z tobą nie idę.
- Ależ oczywiście, że idziesz… - wymruczał, a jego usta musnęły delikatnie jej policzek, który natychmiast przybrał łagodną barwę czerwieni.
- Nie.
- Tak.
- Nie.
- Tak.
Słuchanie ich słodkiej sprzeczki sprawiło, że wbrew sobie się uśmiechnęłam. Poczułam jak miejsce obok mnie zajmuje Li, wpatrujący się tępo w swoje buty.
Szturchnęłam go lekko łokciem i posłałam łagodny uśmiech.
- Myślę, że powinniśmy skorzystać z… - zaczęłam, obrzucając atrakcje szybkim wzrokiem.
- Chodźmy poskakać na trampolinie! – dokończył za mnie Li, wskazując palcem ogromną trampolinę, na której już skakało kilka małych, przeuroczych dzieciaków.
Zgodziłam się i pospiesznie wstaliśmy, umawiając się z Faye i Zayn’em, że spotkamy się przy tej samej ławce za niecałą godzinę.
Skakanie sprawiło, że znów poczułam się jak małe dziecko. Złapałam za rękę Liama i jedną małą dziewczynkę i razem, głośno się śmiejąc, skakaliśmy z dobre dwadzieścia minut, a nawet więcej!
Zmęczeni, ale szczęśliwi ruszyliśmy dalej.
Zatrzymaliśmy się przy jakimś straganie gdzie Li zaczął strzelać pistolecikiem w talerze i zdolny wygrał… pluszową pandę!
- Proszę. – odparł, uśmiechając się szeroko, wyciągając w moją stronę pluszaka.
- Żartujesz? – natychmiast odepchnęłam prezent. – To ty ją wygrałeś, nie ja!
- To prezent i masz go przyjąć, Vi – zagroził, rzucając mi groźne spojrzenie.
Wzniosłam oczy do nieba, ale przyciągnęłam pandę do siebie, mocno ją do siebie tuląc.
- Dziękuję. – wyszeptałam na co uśmiechnął się w odpowiedzi.
Zostało nam dziesięć minut więc ruszyliśmy po puszki pepsi i solone orzeszki. Wróciliśmy na ławkę przed czasem i chwilę porozmawialiśmy.
- Vi – nagle na twarzy Liama odmalował się strach.
Zmarszczyłam czoło zbita z tropu, odstawiając puszkę na bok.
- Co to jest?
Powędrowałam za jego przerażonym spojrzeniem na swój lewy kciuk.
O rany! Nie ukryłam napisu!
Natychmiastowo naciągnęłam kurtkę, uciekając spojrzeniem.
Było już a późno.
- Vi?
Zagryzłam wargę.
- Ja… nie wiem. Pojawiło się wczoraj w nocy. – odpowiedziałam szeptem.
- To niemożliwe – mruknął, kręcąc niedowierzająco głową. – To ma związek z Motiną, Vi…
- Co masz na myśli? – niepewnie zerknęłam na niego.
Cicho westchnął i już chciał zacząć mówić, kiedy dobiegł nas krzyk  Zayna:
- Jesteśmy!
Szli wtuleni w siebie, szeroko się uśmiechając.
- I jak się bawiliście? – spytałam ich.
- Cudownie – wymruczał Malik, splątując palce swojej dziewczyny ze swoimi. – A wy?
- U nas też było super! – odpowiedział Li, wyrzucając papierek po orzeszkach i pustą już puszkę pepsi do śmietnika obok.
Wstałam i wciąż tuląc do siebie pandę, zaproponowałam:
- Zapraszam was do mnie na film! Moja babcia zrobiła też ciasto i pizzę!
- Super! – krzyknął Li, a reszta mu przytaknęła.
Ruszyliśmy przed siebie, kiedy nagle Faye przystanęła. Zmarszczyła brwi i wyciągnęła wibrujący telefon z kieszeni.
- Ja… - uniosła niepewnie wzrok na mnie, unikając Mulata. – Zayn idź z Vi i Li, a ja muszę coś jeszcze załatwić! Kompletnie wypadło mi to z głowy!
I po prostu pomachała i ruszyła pędem w przeciwną stronę.
Chwilę staliśmy osłupiali, ale potem wzruszyliśmy z Li ramionami i ruszyliśmy dalej.
- Wszystko okej? – zapytałam chłopaka.
Kiwnął twierdząco głową, a cień uśmiechu zawitał na jego wargi.
- Tak. Dziękuję Ci za wszystko, Vi.
- Nie ma za co. Naprawdę. – odparłam i uścisnęłam pocieszająco jego dłoń.
Odwróciłam się by zobaczyć jak się ma Zayn, ale… nie było go.
- Co…?
- Taaa. – Li westchnął. – Można się tego było spodziewać po Zaynie. Mówisz mu co ma robić, a on zawsze robi odwrotnie.
- Poszedł za Faye? – oniemiała, wybałuszyłam oczy.
Kolejne twierdzące kiwnięcie głową.
- I co teraz?
- Nic. Chodź, zaczekamy na nich u Ciebie w domu.
***
W tym samym czasie.
Zayn doskonale wiedział, że coś nie gra. O co chodziło Faye? Takie nagłe zniknięcie? Tłumaczenie się, że coś jej wypadło?
I najważniejsze: kto do niej dzwonił?
Wkurzony, schował nieco zamarznięte dłonie do kieszeni skurzanej kurtki i patrzył na plecy swojej ukochanej kilka metrów przed nim.
Przystanęła, a Malik uczynił to samo, przyglądając jej się spod przymrużonych powiek.
Przebiegła przez ulicę i stanęła obok wysokiego, umięśnionego blondyna. Miał złote oczy. Na jej widok uśmiechnął się szeroko i nim ktokolwiek zdążył się zorientować przyciągnął dziewczynę do siebie i wlepił swoje wargi w jej.
Skamieniały Zayn odwrócił się i zagryzł mocno wargę, odczuwając w ustach posmak krwi. Zacisnął mocno pięści, walcząc z tym by nie podbiec do blondyna i nie walnąć go prosto w twarz. By go nie zdeptać.
Ruszył do domu Vi. Drżał lekko i wiedział co się zaraz stanie… Przemienił się w tygrysa i biegnąc ciemnymi uliczkami, był na miejscu w niecałe dwie minuty.
Szkoda, że nie zauważył jak Faye odpycha nieznajomego…
***
Właśnie wyciągałam ciasto z piekarnika kiedy drzwi wejściowe trzasnęły, a w progu pojawił się Zayn. Od razu wiedziałam, że coś jest nie w porządku. Poczynając od tego że nie było z nim Faye, a kończąc na tym, że wyglądał jakby miał ochotę zaraz kogoś rozerwać ze skóry.
Jeszcze nigdy nie widziałam go tak wściekłego. W jego oczach malowała się złość; niemal zmieniając kolor oczu na ciemniejszy.
- Zayn? – szepnęłam cicho, ściągając z dłoni rękawiczkę kuchenną.
- ONA. CAŁOWAŁA. SIĘ. Z. INNYM! – krzyknął, zaciskając zęby i uderzając pięścią w ścianę. Walnął tak z trzy razy, a potem odwrócił się do mnie plecami i wyszedł z kuchni.
Oniemiała stałam w miejscu.
- Co?! – dopiero po chwili dotarły do mnie jego słowa. Właśnie wtedy usłyszałam trzask rozbitego wazonu.
Wybiegłam z kuchni, kierując się do salonu.
Zayn z wściekłą miną, dyszał ciężko, patrząc na rozbite kawałki wazonu leżące na podłodze.
Li był równie zaskoczony jak ja.
- Stary, rozbiłeś wazon Vicky! – krzyknął rozłoszczony, podchodząc do niego.
- Nie zbliżaj się – warknął Zayn, nie unosząc nawet zimnego wzroku.
Trzasnęły drzwi wejściowe i doszedł do nas gość.
Faye.
Zaskoczona uniosła wysoko brwi, ściągając jedną ręką chustę z szyi.
- O, jak miło – mruknął zimno Malik, podchodząc do niej. Złapał ją mocno za nadgarstek i bez słowa pociągnął na górę, do mojego pokoju.
Powoli zaczęło do mnie docierać co się tutaj działo. Przerażona zerknęłam na Liama, a ten tylko wypuścił z sykiem powietrze.
Słyszeliśmy każdy krzyk, dochodzący zza zamkniętych drzwi mojego pokoju. Usiadłam na sofie.
Co się działo? Dlaczego najcudowniejsza para pod słońcem się kłóciła? Moje serce zalało się bólem.
Zacisnęłam powieki.
Nie chciałam słuchać tych krzyków.
Pięć minut później ze schodów zleciała Faye, cała zapłakana. Na jej twarzy lśniła krew.
Płakała krwią!
Otworzyłam szerzej oczy i raptownie wstałam, ale ona już trzasnęła drzwiami, wychodząc na zewnątrz.
Malik zszedł kilka minut później, jeszcze bardziej wściekły. Oparł się o ścianę i przymknął powieki.
- Zayn? – Li podszedł do niego, a potem klepnął go lekko w ramię. – Co się stało?
- Nic. – odpowiedział, i dzięki Bogu, jego ton był już spokojny. – Po prostu…
- Ochłońmy – wtrąciłam nieco roztrzęsionym głosem. – Zjedzmy ciasto.
- Dobry pomysł. Świetny – przytaknął Li i razem ruszaliśmy do kuchni, by zająć myśli wszystkim innym niż tym co miało przed chwilą miejsce.
***
Po północy.
Zaproponowałam chłopakom zostanie na noc. Obydwoje się zgodzili. Przygotowałam z babcią pokój gościnny i kanapę. Chłopaki od razu poszli spać. Zayn milczał, a na jego twarzy nie było widać żadnych uczuć. Chciałam się dowiedzieć co się stało i czy wszystko będzie dobrze, ale doszłam do wniosku, że nie warto mu teraz zaprzątać głowy. Liczyłam, że sam powie jeśli będzie miał na to ochotę.
Usiadłam na swoim łóżku i wsłuchiwałam się w ciszę. Wszyscy domownicy już spali i jeszcze dwie minuty temu babcia tłukła się w kuchni, zmywając naczynia, a teraz słyszałam jej ciche pochrapywanie z jej sypialni.
Cicho westchnąwszy, sięgnęłam po pudełeczko leżące na komodzie obok łóżka.
Z wielką gulą w gardle, wyciągnęłam łańcuszek z kamyczkiem, który podarował mi Harry w noc kiedy poprosiłam go by pomógł mi uratować Nialla.
Niemal o nim zapomniałam.
Powstrzymując słone łzy w oczach, założyłam łańcuszek, czując jak zimny kamień przylega do mojej skóry.
Do moich uszu dobiegł cichy płacz. Szlochanie w poduszkę.
Zadrżałam, patrząc na uchylone drzwi pokoju gościnnego, na które miałam widok.
Zayn płakał.
Chęć by wstać i pójść go pocieszyć była wielka, ale powstrzymałam się. Wiedziałam, że potrzebuje zostać z tym sam.
Ułożyłam się wygodnie na łóżku kiedy poczułam coś pod plecami. Zaskoczona wstałam i spojrzałam na tamto miejsce.
Koperta. Biała koperta niemal wtapiała się w tło jasnego prześcieradła.
Sięgnęłam po nią i natychmiast rozerwałam.
Wyciągnęłam ze środka kartkę i powoli zaczęłam czytać, czując jak serce dudni w mojej piersi.
Vi, wiem, że nie powinienem tego robić. Sam nie wiem czemu to nawet robię, ale czuję, że muszę. Chciałbym żebyś wiedziała, że Motina już nie żyje. Jesteś bezpieczna… Mam nadzieję, że wszystko u Ciebie w porządku? Och, jaki bezsens! Po co ja to robię? Czuję się jak ostatni dupek pisząc ten list. Nic nie składa się w logiczną całość. Jestem zagubiony. Czuję się inaczej niż wtedy kiedy ty byłaś przy mnie. To uczucie… jest takie jakbym stracił cząstkę siebie. Straciłem Cię, Vi. I już nie odzyskam. Wiem o tym. I chciałbym żebyś i ty się z tym pogodziła. Żyj własnym życiem.
Kocham Cię.
Harry.
Z moich oczu wypłynęły łzy. Trzymałam kartkę w dłoni, która mi drżała. Ostatnie dwa słowa przekreślił niemal tak mocno, że nie potrafiłam za pierwszym razem ich odczytać.
Ten list miał oznaczać nasz koniec?
Co to wszystko miało oznaczać?
Co się działo?
Zacisnęłam palce na chłodnym kamyczku i przymknęłam powieki. Starałam się dojść do siebie, ale było mi trudno.
To wszystko było skomplikowane.
Nie wiedziałam na czym stoję.
Miałam… dość.
------------
I taka tam niespodzianka! Dwa rozdziały w jednym dniu! Cieszycie się? :) 
Czekam na opinie, bo ciekawi mnie jak to całe nowe zamieszanie odbierzecie. 
Buziaki! :*

Rozdział 26.


Wreszcie wszystko wróciło do normy. No, prawie. Siedząc teraz w ogromnym salonie Nialla i Księcia Louisa, odczuwałam wreszcie pewien spokój i niemal wielką radość.
Jak zwykle to wszystko dzięki Liamowi. To on zdecydował że urządzimy mini-przyjęcie. Zdawał sobie bowiem sprawę, że czegoś takiego potrzebuję. Chwili radości z bliskimi.
Upiwszy łyk przesmacznego soku pomarańczowego, spojrzałam na moją najukochańszą parę pod słońcem. Dwa gołąbki. Wystarczy że na nich spojrzysz, a uśmiech sam ciśnie ci się na wargi.
Faye w rozpuszczonych włosach, okalających jej nagie ramiona i krótkiej, czarnej sukience (która prezentowała jej długie, zgrabne nogi)  wyglądała przecudownie. Wciąż uwielbiłam dostrzegać w jej oczach te iskierki, kiedy patrzyła na Malika. To ciepło malujące się w jej oczach przeznaczone tylko dla niego.
Z kolei sam Zayn ubrał białą koszulę i dżinsy. Z uśmiechem, muskał ustami zaróżowiony policzek swojej dziewczyny, wciąż coś jej mrucząc. Bardzo często ją rozbawiał.
Z szerokim uśmiechem przeniosłam wzrok na Nialla, gawędzącego z Liamem. Obydwoje zawzięcie dyskutowali, niekiedy się śmiejąc. Payne co chwilę zerkał w moją stronę, a ja puściłam  do niego oczko. Tak wiele mu zawdzięczałam.
Następnie była moja babcia z panią Tiną. Przeglądały jakiś kobiecy katalog, wymieniając co chwilę swoje uwagi. Wyglądały przezabawnie. Moja babcia zmarszczyła czoło, wyrażając nerwowo swoją opinię. Pani Tina zagryzając wargi, kiwała wolno głową, najwidoczniej w końcu podzielając zdanie babci.
A ostatnią osobą w tym salonie był sam Książę Louis. Siedział samotnie w kącie, popijając zimną whisky. Co chwilę unosił zimny wzrok, by potem z powrotem spuścić go na swoje lśniące czernią buty.
Dźwignęłam się na nogi i powoli ruszyłam w jego stronę. Usiadłam obok niego, szturchając go lekko w ramię.
- Nie jesteś w humorze?
Cicho parsknął śmiechem.
- Oczywiście, że jestem w humorze. – mruknął.
- Nie widać.
Wbrew swojej woli… uśmiechnął się.
Wciąż nie mogłam uwierzyć jak Książę Louis się zmienił. Choć wcześniej mógł wydawać się tym złym… Teraz był po naszej stronie, a mi udało się ujrzeć w nim gdzieś głęboko inną naturę. Tą spokojną, wrażliwą i przede wszystkim dobrą.
Usilnie starał się nie patrzeć na Faye, lecz nie udawało mu się. Grymas niezadowolenia natychmiast wtargnął się na jego usta, gdy ujrzał Zayna całującego ją namiętnie w usta.
Szturchnęłam go lekko nogą, chcąc jakoś zagadać, odwrócić jego uwagę.
- Zjadłbyś coś? – palnęłam szybko, czerwieniąc się lekko, zdając sobie sprawę jakie to pytanie było nie na miejscu.
Obrzucił mnie uważnym spojrzeniem, które z każdą kolejną sekundą łagodniało.
- W sumie… jestem głodny. – odparł zupełnie szczerze.
Uradowana wstałam i pokierowałam się z nim do kuchni, co nie umknęło uwadze Niallowi – wiecznie głodnemu.
- Nawet nie próbujcie mi powiedzieć, że idziecie opróżniać lodówkę, nie zapraszając mnie! – rzucił obrażonym głosem, grożąc nam palcem wskazującym.
Powstrzymawszy się od wybuchnięcia śmiechem, natychmiast odparłam:
- Jak możesz tak pomyśleć?! Oczywiście, że nie idziemy opróżniać lodówki bez Ciebie!
Objął mnie przyjacielsko ramieniem, czochrając po włosach.
Weszliśmy do kuchni gdzie wyciągnąwszy dużo słodkości z szafek i kilka sałatek z lodówki, zasiedliśmy przy stole.
Po raz pierwszy od bardzo dawna czułam się szczęśliwa, bezpieczna i spokojna. Naprawdę tęskniłam za tymi uczuciami. Tęskniłam za bezproblemowym życiem.
Ale musiałam się pogodzić z tym jakie życie mnie spotkało. Musiałam pogodzić się z tym, że Motina pragnie mnie.
Zagryzłam wargę, przypomniawszy sobie jak powiedziałam Liamowi o tym jak można mnie od tego uwolnić.
Przez chwilą siedział sztywno, a potem spojrzał na mnie z nadzieją. Poczułam wtedy nagły uścisk w brzuchu. Protestowałam. Nie mógł zginąć. Nie przeze mnie!
Wciąż pogrążona w myślach, spojrzałam na dwóch braci siedzących przede mną. Cicho rozmawiali, pożerając porcję owocowej sałatki.
Nagle w mojej głowie zawitał Harry. Zupełnie nagle i niespodziewanie. Odkąd Liam się pojawił za wszelką cenę starałam się pozbyć Loczka z mojej głowy. To nie było jednak takie proste.
Jego wyraz twarzy i pozbawione uczuć oczy wciąż mnie nawiedzały. Chciałam wiedzieć co się z nim stało jednak moje pytania pozostawały bez odpowiedzi.
Ciekawiło mnie czy mnie szuka. Czy jeszcze w ogóle spojrzy na mnie tak cudownie jak za pierwszym razem.
- Vi?
Podniosłam wzrok, napotykając zatroskane czekoladowe oczy Liama.
- Dołączysz się do sałatkowej uczty? – spytałam, wymuszając na twarzy szeroki uśmiech.
- Jasne!
Klapnął obok mnie na krześle i wziąwszy jeden pojemniczek z sałatką, nabił na plastikowi widelec (wszyscy doskonale zauważyli jak wzdrygnął się zauważywszy łyżeczki) truskawkę, i włożył ją do buzi.
- O czym gadacie? – zagadnął, rzucając zaciekawione spojrzenie w stronę braci.
Ci natychmiast umilkli, patrząc w naszą stronę z wymuszonymi uśmiechami.
- Takie tam – machnął lekceważącą ręką Blondyn, ale udało mi się zauważyć jak puszcza oczko w moją stronę.
Dokończyliśmy sałatki, a potem pożarliśmy wspólnie czekoladę. Do tego co chwilę wybuchaliśmy śmiechami.
Ten wieczór był jednym z najlepszych w moim życiu. Wreszcie odpoczęłam, uśmiałam się i miałam przy sobie ludzi na których mi zależało i których kochałam (nie myśl o Harry’m, Vi).
***
W tym samym czasie, Francja.
Ta noc była wyjątkowo mroźna, ale gwieździsta i w pewien sposób piękna.
Gabriel wypuścił z ust obłoczek pary i zerknął na swojego lokowanego kumpla, który szedł tuż obok niego.
Czuł niezmierną radość, że wreszcie będzie mógł pokonać Antonio. Nie tylko zrówna rachunki, ale również uratuje Vicky.
Swoją drogą wszystko ostatnio mu się powodziło. Udało mu się przede wszystkim ściągnąć Harry’ego na swoją stronę. Z niejaką satysfakcją patrzył jak chłopak walczy sam ze sobą, jak odrzuca myśli o swojej dziewczynie i zaczyna wierzyć w to, że naprawdę mu na niej nie zależy.
Choć prawda była inna. Loczek kochał ją jak oszalały. Tylko dla samego Gabriela to był już inny chłopak. Planował go sprowadzić na tą samą drogę, którą kiedyś razem kroczyli. I udało mu się.
Zwycięski uśmiech wstąpił na jego wargi.
- Jego trop urywa się tutaj – powiedział Harry oziębłym tonem, wskazując palcem mały, opustoszały domek naprzeciwko nich.
- O tak – żółtooki wziął głęboki wdech i wsunąwszy dłoń do skurzanej kurtki, zacisnął ją na metalowym nożu. – Czujesz to zwycięstwo w powietrzu?
Nie otrzymał odpowiedzi. Lokowany chłopak zacisnął pięści i nawet nie kłopotał się by odgarnąć z twarzy loczki, które częściowo zasłaniały mu zielone oczy.
- Ej, rozchmurz się! W końcu będziemy robić to o czym zawsze marzyliśmy! – wykrzyknął, szturchając go w ramię. – Zabijemy go, Harry. Nie pamiętasz co on nam wszystkim wyrządził? Należy mu się…
- Nie. – chłopak powoli przeniósł na niego swój zimny, pozbawiony uczuć wzrok. – Nie powinniśmy go zabijać.
- Powinniśmy! Uratujemy Vicky… - zagalopował się. Natychmiast zasznurował usta.
Patrzył niepewnie na reakcję chłopaka. Drgnął lekko, a jego oddech przyśpieszył.
Lokowany znów ujrzał w myślach jej twarz… Jego serce zadudniło mu w piersi choć wiedział, że nie powinno. W ogóle powinien przestać o niej myśleć. Jednak jakaś część jego wciąż ją szaleńczo kochała. Zamierzała natychmiast ją odnaleźć. I obiecać trwanie u boku do końca życia, a nawet dłużej.c
Ruszyli naprzód, wiedząc, że tam w środku, dokonają zabójstwa.
Kiedy Harry chciał już zawrócić, stchórzyć, ujrzał wzrok Gabriela. Szydził z niego. Znów nim sterował niczym jakąś kukiełką.
A on nie mógł z tym walczyć.
Wziął głęboki wdech i pierwszy wszedł do pomieszczenia śmierdzącego wilgocią.
***
Dwie godziny później, 3:45, dom Vicky.
I tej nocy nawiedził mnie koszmar. Koszmar związany z Harry’m. W głowie ciągle odbijał mi się jego oziębły głos: Nienawidzę Cię.
Z każdą kolejną sekundą, spędzoną tak z tymi wszystkimi przytłaczającymi mnie myślami, zaczęłam wierzyć, że mówił prawdę.
Nienawidził mnie.
On mnie nienawidził.
Zadrżałam, nie przejmując się otwartym oknem. Zimny podmuch nocnego wiatru owinął się wokół mnie, jeszcze bardziej pobudzając.
Bałam się z powrotem zasnąć. Bałam się kolejnego snu – koszmaru, który tak bardzo mógł wydawać się realistyczny.
Byłam tym wszystkim tak bardzo przytłoczona, że już brakowało mi łez. Czy było możliwe, żebym wszystkie już wystarczająco wypłakała? Albo może już nie miałam wystarczająco sił na nie?
Gdy już drżałam, zalana zimnem, niechętnie wyplątałam się z pościeli i zamknęłam okno.
Właśnie wtedy to zauważyłam. Na kciuku u lewej dłoni pojawił się napis. Czarny, drobny napis. WYBRANA.
Zszokowana zaczęłam trzeć go, mając nadzieję, że zejdzie.
Nie zszedł.
Kiedy się pojawił? Co oznaczał? Jaka ‘’Wybrana’’?
Osunęłam się niepewnie na podłogę i cicho syknęłam.
A potem w domu rozległo się ciche pukanie do drzwi.
Dźwignęłam się na nogi i zeszłam na dół.
Na początku wzrok płatał mi figle i wydawało mi się, że to ON (jego imię rozpoczynało się na H a kończyło na y.)
Jednak to nie był ON. To był Liam.
Zaskoczona jego tak późną wizytą, narzuciłam na siebie bluzę i usiadłam na schodkach, tuż obok niego.
Twarz schowaną miał w dłoniach, a jego ciało drżało.
- Liam? – zapytałam przejęta, łapiąc jego dłoń i troskliwie ją ściskając.
- On nie żyje – wyszeptał zrozpaczonym tonem. Niepewnie podniósł wzrok, a ja w jego oczach ujrzałam słone łzy. – Vi, mój tato nie żyje.
Pokręciłam niedowierzająco głową.
Antonio nie żył?
Dlaczego?
- Co się stało?
- Gabriel i Harry. – Niepewnie się do mnie podsunął, a ja natychmiast się w niego wtuliłam. – Oni zabili mojego ojca… Żeby uratować Ciebie od Motiny…
- O czym ty mówisz, Liam? – zacisnęłam dłonie na jego koszuli, czując jak mój oddech niepewnie przyśpiesza. Zalała mnie fala bólu i niedowierzenia.
Harry? Też brał w tym udział? Po Gabrielu mogłam się tego spodziewać… ale… Harry? Chłopak, którego tak kochałam? Kim on był? Oszukiwał mnie przez ten cały czas kiedy mówił że mnie kocha?
Miałam taką nadzieję, że wszystko już będzie w porządku.
Jaka byłam naiwna.
- Motiny już nie ma, Vi. – Liam pogłaskał mnie po włosach. – I mojego taty również.
Mocniej go objęłam.
Liam pozostał sam. Stracił mamę i tatę. Siostrę.
Tak było mi go żal.
Zrobiłabym wszystko by go pocieszyć.
Poczułam jak nasze ciała niepewnie zaczynają się kołysać. Liam splątał moje palce ze swoimi.
Otoczyła nas cisza, które żadne z nas nie potrafiło przerwać.
Wdychałam łapczywie słodki zapach chłopaka, nie przejmując się zimnem, które nas otaczało.
Siedzieliśmy wtuleni w siebie, ciesząc się sobą, czując poparcie w tej drugiej osobie. Potrzebowaliśmy ratunku – my byliśmy dla siebie ratunkiem. Obydwoje.
 --------------------
Hejo! I kolejny rozdział za nami! :) Liczę na opinię i dziękuję! :*
Udanej soboty! 
KOCHAMY WAS! <3 

środa, 14 listopada 2012

Rozdział 25.


5 miesięcy wcześniej, lotnisko.
Patrzyłam na swoje brudne i poniszczone trampki, starając się ukryć swoją twarz pod fasadą długich włosów. Nie chciałam by ktokolwiek widział moje łzy. By ktokolwiek mógł ujrzeć ból wymalowany na mojej twarzy.
Gdyby to było możliwe najchętniej wszystko bym cofnęła. Zaplanowała tak by nigdy coś takiego mi się nie przydarzyło. By Patrick nie zaginął, nie zrzucono winy na mnie. By rodzice nie patrzyli na mnie ze złością i obrzydzeniem. 
Pragnęłam by wszystko wróciło do normy. Aby było jak dawniej.
Moje pragnienia jednak okazały się... zwykłymi pragnieniami.
Ciągnęłam za sobą i tak lekko walizkę, starając się nie podnosić wzroku. Co chwilę przywoływałam się do porządku by nie zerkać na rodziców, którzy szli kilka metrów przede mną. Jakby to było możliwe zapewne w ogóle nie starali się by tutaj ze mną przyjeżdżać. 
Czułam na sobie palące spojrzenia kilku przechodniów, którzy zapewne kojarzyli mnie ze stron gazet. Tak, to ja! 
Zagryzłam mocno wargę, walcząc z kolejnym wodospadem łez. 
Ludzie nie mieli pojęcia co się naprawdę stało, a posądzali mnie o takie głupstwo.
Dobrze jednak, że mogłam stąd uciec. 
Przystanęłam, o mało nie wpadając na plecy własnej mamy. Zgromiła mnie surowym wzrokiem i wskazała palcem przejście gdzie miałam zniknąć im z oczu raz na zawsze.
Tak po prostu. 
Miałam zniknąć jakby mnie w ogóle w ich dotychczasowym życiu nie było.
Wystarczyłby mi zwykły uścisk... Nic więcej. Tak dawno nie wtulałam się w kościste ciało mojej mamy, która zawsze pachniała wanilią. Już od dłuższego czasu nie mogłam taty nawet klepnąć w ramię dla zabawy, zanosząc się śmiechem.
Tyle się zmieniło...
Wypuściłam powietrze z sykiem i powoli ruszyłam, nie odwracając się. Nie chciałam znów ujrzeć oczu przepełnionych wstrętem i złością. 
***
Z początku nie mogłam uwierzyć, że postać mojego własnego taty, którego zostawiłam na lotnisku pięć miesięcy temu, stoi teraz przede mną.
Przez te wszystkie miesiące starałam się wymazać z pamięci jego twarz. Ale okazywało się to równie trudne niż sobie wyobrażałam. Czasami nawet śnili mi się. Moi rodzice. Tylko w moich snach byli tacy jacy pragnęłam żeby byli. 
- Tato? – powtórzyłam jak echo, niemal czując niesamowite zimno. Zadrżałam. 
Jego twarz wyglądała na starszą niż sobie zapamiętałam. Zawsze ogolony i przystojny teraz wyglądał… koszmarnie. Wielkie sińce pod oczami i kilkudniowy zarost.
I to coś w jego oczach spowodowało, że odsunęłam się kilka kroków do tyłu.
Zimne, pozbawione uczuć.
Niemal identyczne ostatnio widziałam u Harry’ego.
To nie były te same oczy jakie widziałam ostatnim razem. W nich przynajmniej malowała się złość. Złość na mnie.
Teraz natomiast widziałam… No właśnie co widziałam? Nicość. Zimne, nie posiadające uczuć niebieskie oczy.
- Co ty tu robisz, tato?
Milczał, nie spuszczając ze mnie wzroku. Nie poruszał się.
Po prostu stał.
Zmarszczyłam czoło zbita z tropu i raptownie podskoczyłam jak usłyszałam trzaśnięcie drzwi.
Gabriel i mój chłopak zmierzali w moją stronę. 
- Wreszcie, ojcze! – krzyknął Gabriel, uradowanym głosem.
Otworzyłam szerzej oczy, chcąc przyswoić się z myślą, że nazwał mojego tatę również i swoim. Wcześniej kiedy mówił mi że jest moim rzekomym bratem nie wierzyłam mu. No bo i jak? Nie miałam rodzeństwa. I tak miało pozostać.
Teraz jednak zaczęłam wątpić w to co mnie otaczało. 
- Sądziłem, że zapomniałeś o naszej umowie. 
Żółtooki zbliżył się do mojego taty – bądź naszego – i czule poklepał go po plecach.
Mój tato nie zareagował. Wciąż stał jak wrośnięty w ziemię, nie spuszczając ze mnie wzroku.
- Nie przejmuj się, Vi – szepnął do mnie. – Jest pod moim urokiem. 
Zacisnęłam dłonie w pięści, spuszczając wzrok na mokre od porannej rosy liście. Zasznurowałam usta i powoli chciałam ochłonąć. Złość jaka mną teraz zawładnęła była silna i niezastąpiona. Miałam ochotę walnąć go w twarz tak mocno, że zapamięta to do końca życia.
- Co zrobiłeś z moim tatą?! – warknęłam, przez zaciśnięte zęby. Obrzuciłam go zimnym spojrzeniem.
- Vicky.
Zignorowałam Harry’ego, całą swoją uwagę poświęcając Gabrielowi, który wyszczerzył się zwycięsko.
Co go tak bawiło?
- Zabawne, co nie? – rzuciłam sarkazm, chowając zabłąkany kosmyk włosów za ucho. Podeszłam do niego kilka kroków, wciąż sprytnie ignorując Loczka. – To jest przezabawne. Co zrobiłeś z moim tatą?
Gdy uspokoił napad śmiechu, westchnął cicho.
- Po pierwsze: z naszym tatą. – poprawił mnie cicho, obejmując mojego tatę jak dobrego kumpla.
Nagły przypływ paniki ogarnął mnie całą.
- To jest tylko mój ojciec! Zrozum to w końcu!
Ponownie wybuchnął zimnym śmiechem, który przyprawił mnie o ciarki. 
- Oj, Vi, Vi. – pokręcił lekko głową, z niedowierzaniem. – Czas chyba byś poznała historię. Widzisz…
- Zamknij się – przerwałam mu natychmiastowo, podchodząc do niego najbliżej jak potrafiłam.
Wpatrywałam się w jego twarz wyjątkowo długo. Dłużej niż się mogłam spodziewać. Tak długo, że pod wpływem wymiany zimnych spojrzeń jego twarz przybrała naturalną formę. Przypaloną.
Starałam się ukryć grymas, i zacisnąwszy wargi w supeł, oddaliłam się. Niemal wpadłam na Loczka, który stał sobie, milcząc i oglądając tą całą sytuację z boku.
Zgromiłam go surowym wzrokiem.
- Byłeś pomocny – wyszeptałam i ominąwszy go, specjalnie szturchnęłam w ramię. Zanim jednak zniknęłam, odwróciłam się i przełknąwszy głośno ślinę, powiedziałam:
- Zostaw mojego ojca w spokoju, Gabrielu. Bardzo Cię o to proszę. Tak, dobrze usłyszałeś. Proszę Cię. On nic ci nie zrobił. Idź planuj zemstę na kimś innym. Na kimś, kto nie jest bliski mojemu sercu. Nie pozwolę byście zabierali mi bliskich. Podajesz się rzekomo za mojego brata, ale wcale się tak nie zachowujesz. Nie traktujesz mnie jak swoją siostrę.
Przerwałam by wziąć głęboki wdech. Obrzuciłam trójkę spokojnym, lecz załzawionym spojrzeniem.
Udało mi się ujrzeć jak Gabriel patrzy na mnie, lecz już bez uśmieszku czy radości. Był poważny. A ja miałam nadzieję, że moje słowa wypalą mu w mózgu dziurę, dzięki której odzyska resztki rozumu.
Załzawiony wzrok spoczął na Harry’m. Chłopak, którego zdawało się że kocham całym sercem teraz stał ze spuszczoną głową i miał to wszystko gdzieś.
Coś się z nim stało, a ja nie próbowałam dowiedzieć się co.
Nie chciał mi pomóc. Zachował się jakby trzymał ‘’sztamę’’ z Gabrielem i wcale nie próbował ani nie miał ochoty tego zmienić.
- Pa, tato. – wyszeptałam łamiącym się głosem, obrzucając ostatni raz skamieniałego, nic nie rozumiejącego mężczyznę. Jakkolwiek mnie potraktował wciąż był moim tatą. I wciąż go kochałam.
Chwilę później ja ruszyłam naprzód, pozostawiając ich w błogiej ciszy.
***
Zamarznięta, wciąż ścierając świeże, słone łzy z policzków, szłam przed siebie. Nie wiedziałam dokąd zmierzam. Doskonale zdawałam też sobie sprawę, że na własnych nogach nie wrócę do domu. Jednak myśl by powrócić wydawała się absurdalna i niemożliwa. Za nic nie mogłam wrócić tam. Do tych… kim oni byli?
Czując coraz to większe zmęczenie, opadłam na liście i schowałam twarz w dłoniach.
Mrok, jaki mnie ogarnął tuż po zamknięciu oczu, niemal mnie uspokoił. Dotychczas starałam się ignorować światło i już pobudzone do życia słońce, ale w pewnym momencie zaczęło mnie denerwować. Jakby mnie rozpraszało.
Siedziałam tak bardzo długo. Przez chwilę niczym się nie przejmując – to uczucie było doprawdy doskonałe. 
Ale potem dobiegł mnie odgłos szeleszczących liści co oznaczało, że ktoś się zbliża.
Gdzieś głęboko miałam nadzieję, że to Harold. Że gdy tylko zniknęłam, on ruszył mnie szukać. Że ten dawny chłopak z lokami, którego pokochałam powrócił. Bo na pewno on gdzieś zniknął. Dzisiaj to nie był ten sam Harry Styles. To był ktoś inny. Tylko kto?
Zagryzłam wargę, czując w ustach posmak słonych łez.
Uniosłam niepewnie wzrok i rozglądnęłam się dookoła.
Nikogo nie było.
Przesłyszałam się?
Nie. Na pewno słyszałam że ktoś tu idzie.
Jeszcze raz niepewnie się rozglądnęłam. A potem poczułam jak ktoś obejmuje mnie w pasie od tyłu i zasłania dłonią oczy.
Ogarnął mnie mrok, a ja sparaliżowana strachem nie zdołałam nic zrobić.
A potem wyczułam zapach słodkich perfum i strach, który jeszcze pięć sekund temu mną zawładnął, odszedł.
Rozpoznałam te perfumy natychmiastowo i nim się obejrzałam, rzuciłam się mu na szyję, mocno przytulając.
- Liam! – wykrzyknęłam radośnie, patrząc na twarz mojego Księcia. Uśmiechnięty wpatrywał się we mnie, a w jego oczach jak zwykle znajdowała się troska i radość.
Dopiero teraz do mnie dotarło jak za nim tęskniłam i mi go brakowało.
- Jak mnie znalazłeś?!
Popatrzył na mnie z niedowierzaniem.
- Jak zwykle posłużyłem się swoimi mocami. Wyszukałem cię za pomocą zapachu – puścił do mnie oko i złapał moją dłoń, którą natychmiast przygarnął do swojego policzka. – A tak a propos to powiedz mi co robisz tutaj, w tym lesie, w niezbyt dobrym humorze?
Z mojego gardła wydobyło się ciche westchnienie. 
- I te sińce pod oczami – niemal cmoknął, przybierając surowy, ale wciąż pełen troski wyraz twarzy. Wyglądał w tej chwili jak nadopiekuńczy ojciec.  – Nie spałaś, Vi. Co się dzieje?
Zagryzłam wargę i chciałam się odsunąć lecz jego uścisk i moja dłoń przy jego policzku wciąż mi na to nie pozwalały.
Poddałam się.
- Chciałabym wrócić do domu. – wyszeptałam, spuszczając wzrok na jego trampki.
- Ale po drodze wszystko mi opowiesz, prawda? – rzucił, już ciągnąc mnie naprzód. 
Przytaknęłam, niepewna czy to zauważył.
Chwilę później wydostaliśmy się z lasu, wychodząc na pustą ulicę. Zauważywszy auto, niemal pisnęłam z radości.
Liam otworzył mi drzwi od strony pasażera i czekał, aż wślizgnę się do starego, ale wygodnego samochodu. Następnie obszedł auto, by zasiąść przed kierownicą.
Przekręcił kluczyk w stacyjce, budząc silnik do życia. Natychmiast włączył ogrzewanie i odpalił radio, które cicho brzęczało w tle.
Ruszył, a ja zapadając się w wygodnym fotelu i czując podmuch ciepła, prawie zasypiałam.
- O nie, maleńka. – rozbudził mnie surowy głos Liama. – Teraz nie czas na spanie, ale na opowieść. Gadaj co się dzieje, bo umieram z niecierpliwości.
Spojrzałam na okno i za majaczące za nim krajobrazy. 
Wziąwszy głęboki wdech, pozwoliłam słowom wychodzić z moich ust. Czułam się w końcu wolna. 
***
Harry zgrzytnął zębami, wpatrując się w pochylonego nad księgą Gabriela.
- Co wyrabiasz? – warknął zimno, odgarniając sobie z twarzy niesforne loki. Czuł buzującą w nim złość, której nie chciał powiększyć, bo wtedy musiałby użyć przemocy fizycznej.
Wstał, i spuściwszy wzrok z kumpla, spuścił go na swoje ubłocone buty. Niemal prosiły się o wyczyszczenie, ale czy to był odpowiedni czas?
Niemal prychnął, zdawszy sobie sprawę z tego o czym myśli.
Powinien myśleć o czymś innym.
Na przykład o Vicky. O jej oczach pełnych łez i grymasie bólu wymalowanym na twarzy.
Jednak jakkolwiek by nie pragnął, nie potrafił skupić swoich myśli na tej dziewczynie.
Coś się z nim działo. Czuł obłęd, czuł złość.
Nie czuł miłości.
Starał sobie otworzyć w myślach jej uśmiech lecz za każdym razem wychodziło to niepowodzeniem.
- Znalazłem – z rozmyśleń wyrwał go melodyjny głos kumpla, który bardziej pochylił się nad kartką, namiętnie pisząc coś w notatniku. – Prócz Liama jest ktoś jeszcze.
- Kto? – zaciekawił się, zagryzając dolną wargę. 
- Antonio. – na jego twarzy wtargnął się zwycięski uśmiech jakby marzył o tym by go zabić.
Skrzywił się lekko, i czując wielką suszę w gardle sięgnął po butelkę wody i upił spory łyk. 
- Nie możemy.
- Harry, zastanów się najpierw czy wciąż zależy ci na tej dziewczynie? – żółtooki podniósł raptownie głowę, cmokając. – Bo wiesz… pobiegłbyś za nią gdyby ci na niej zależało, prawda?
Zacisnął pięści i cofnął się kilka kroków. Złość, którą chciał ‘’zatuszować’’ znów buchnęła z ogromną siłą, niemal pozbawiając go zdrowego rozsądku. 
- Ty też wcale taki zły nie jesteś – odwarknął. – W końcu wypuściłeś jej ojca, gdy wytargnęła ci w twarz całą prawdą.
Nastąpiła chwila ciszy.
Na twarzy żółtookiego odmalowała się odraza zmieszana z powagą.
- Chciałem jej tylko wyznać prawdę. – mruknął, znów pochylając się nad kartką. – Chciałem po prostu żeby dowiedziała się prawdy, i w końcu uwierzyła, że jestem jej bratem.
- Z pewnością. – zauważył Loczek, upijając kolejny łyk gazowej wody. – Tylko po co wybrałeś jej ojca jako pionka do tej wcale niezabawnej gry?
- Sądziłem, że ojciec w czymś pomoże… - niemal westchnął zrezygnowany. 
- Myliłeś się.
- Harry! – krzyknął Gabriel, znów zaczynając skrobać coś na kartce. – Daruj sobie te scenki i zastanów się czy ci na niej zależy. Odpowiedz mi. Zależy ci na niej?
Przełknął głośno ślinę, opierając się o framugę drzwi kuchennych. Starał się opanować nerwowe drżenie rąk, ale nie udało mu się.
Co się działo?
Czuł się jakby walczył sam ze sobą. Jakby jego prawdziwa natura walczyła z tą udawaną.
Czy to było możliwe?
- Zależy ci na niej? – powtórzył pytanie, głośno i wyraźnie. 
Loczek czuł się jakby ktoś przyłożył mu do piersi gorący węgiel, wypalający jego ciało.
Syknął, a woda opadła na podłogę, wylewając zawartość dookoła.
Nie… Nie…. Nie…
Ja Ciebie też kocham.
Jej głos odbił się echem w jego głowie. 
Syknął głośniej.
- Zależy ci na niej, Harry?! – Gabriel patrzył na niego z uśmiechem przyklejonym na wargi. 
Oddychał ciężko podczas gdy z jego gardła padły słowa, nad którymi nawet nie potrafił się zastanowić.
- Nie.
***
- Tak bardzo Cię kocham - wymruczał, a jego wargi pocałowały moje czoło, potem oblane gorącem policzki, a następnie nosek.
Moje serce waliło mocno, a oddech z każdą kolejną sekundą przyśpieszał.
Wpatrywałam się w jego zielone tęczówki, a na usta cisnął mi się uśmiech.
Powoli splątałam jego palce ze swoimi. 
- Ja Ciebie też kocham - odpowiedziałam, pochyliwszy się i musnąwszy płatek jego ucha.
Uśmiechnięty, cicho westchnął, przygarniając mnie w swoje ciepłe i silne ramiona. W jego objęciach czułam się najlepiej.
Przymknęłam powieki, doznając przyjemnych dreszczy gdy jego kciuk kreślił linie na moich dłoniach.
- Zapamiętaj, że jesteś dla mnie wszystkim.
Słyszałam jak bije jego serce. Była to niezapomniana melodia w moim całym życiu.
- Wszystkim... Dosłownie wszystkim...
Jego uścisk przybrał na sile.
Co się działo?
Wystraszona, zaczęłam wierzgać nogami, a wtedy on syknął mi do ucha:
- Nienawidzę Cię.
Podniosłam się raptownie z poduszki, czując jak serce łomocze mi w piersi. Podmuch zimnego wiatru z dworu, sprawił, że zadrżałam.
''To tylko sen''.
Schowałam twarz w dłoniach, spychając nogami kołdrę na podłogę.
Z moich oczu wypłynęły łzy bezradności. 
---------------
Witam wszystkich! Mam nadzieję, że rozdział się spodobał! Czekam na opinie za które serdecznie dziękuję! :*

sobota, 3 listopada 2012

Rozdział 24.

Późną nocą, tego samego dnia.

Faye wciąż nie mogła uwierzyć, że Zayn przyszykował dla niej niespodziankę. Teraz siedząc w jego samochodzie, umierała z ciekawości gdzie ją zabiera.
Rzuciła mu nerwowe spojrzenie, a on jedną ręką złapał jej dłoń i splątał jej palce ze swoimi. Zauważyła jak na jego wargi wpływa szeroki uśmiech.
- Gdzie mnie zabierasz? - nie wytrzymała i zapytała go. Jej ton był lekko podniesiony.
- Niespodzianka - odpowiedział tajemniczo, skręcając w ciemną uliczkę.
Chwilę później ku wielkiej uldze dziewczyny, Mulat zatrzymał się. Zaparkował samochód na chodniku, obok starego i opustoszałego domu.
- To... ta niespodzianka? - wyszeptała, marszcząc brwi. Nie dowierzała własnym oczom. Budynek był opustoszały i szczerze mówiąc wyglądał przerażająco. - Nie wygląda to dobrze, Zayn.
Wysiedli z samochodu.
Faye natychmiast owinęła swoją szyję gryzącym, grubym szalem. Chłodny wiatr owinął się wokół niej, sprawiając, że dostała gęsiej skórki. Odwróciła się z pytającym wyrazem twarzy i wpatrywała w poczynania swojego chłopaka.
Wyjął z bagażnika auta wielką torbę, którą zarzucił na ramię i wepchnął sobie pod pachę gruby koc. Uśmiechnął się do niej kiedy ich spojrzenia się spotkały.
- Wchodzimy? - mrugnął do niej okiem i złapawszy jej dłoń, pociągnął do ciemnego pomieszczenia.
Śmierdziało tu wilgocią. W ciemnym kącie zauważyła rudego kota, który gdy tylko ją zauważył wyskoczył zwinnie przez okno.
Opuściła wzrok na ich splecione dłonie i zmarszczyła czoło. Świadomość, że straciła panowanie nad kotami napawało ją strachem. Nie wiedziała dlaczego tak się działo. Nie wiedziała już niczego.
- Ej, uśmiechnij się - wyszeptał Zayn, musnąwszy swoimi ustami jej policzek.
Poprowadził ją na górę po schodach, a następnie stanął przed drabinką, która prowadziła na dach budynku.
- Kto pierwszy?
- Ja. - odpowiedziała pewnie i zaczęła wspinać się po drabince.
Tak. Czuła jego palące spojrzenie na swoich... pośladkach. - Zayn!
- No co? - zapytał niewinnie, przegryzając uroczo wargę. - Podziwiam widoki.
- Jak zaraz nie przestaniesz to...
- To co?
Rzuciła mu karcące spojrzenie i wspięła się szybciej, aż w końcu wdrapała się na dach. Zszokowana otworzy szerzej buzię, widząc mnóstwo świeczek. Palących się świeczek, rozłożonych tak by wyglądały jak ogromne serce.
Usłyszała ciche sapanie Mulata i masę przekleństw gdy próbował wdrapać się z ciężką torbą i kocem pod pachą.
- Nie radzisz sobie? - tym razem ona zapytała niewinnie, uśmiechając się łobuzersko. Powstrzymała się od wybuchnięcia śmiechem.
- Oczywiście, że sobie radzę - mruknął rozzłoszczony, rzucając mocno koc i torbę na bok. Wdrapał się w końcu i rzucił jej pytające, pełne miłości spojrzenie. Jeszcze przed chwilą zły teraz pełen troski i spokoju patrzył na jej reakcję na to co tutaj przygotował.
Romantyczna kolacja na dachu, w świetle księżyca i gwiazd. Wokół pachnących wanilią świeczek. Pod grubym kocem. Razem. Zayn i Faye.
Oniemiała, uśmiechnęła się do swoich myśli, przenosząc wzrok na pełnię Księżyca. Nic nie świadoma zadrżała z zimna, a chwilę później poczuła jak gruby koc zwisa na jej ramionach. Czuła również jak Zayn od tyłu przyciąga ją do siebie i kładzie swoją głowę na jej ramieniu. 
- I jak? - zapytał cicho, łaskocząc jej szyję swoim słodkim oddechem.
- Cudownie. - odpowiedziała, zamykając powieki. Doskonale teraz potrafiła wyczuć jego perfumy. Mocne i kuszące. Uwielbiała je.
- Mam czekoladki. - ucałowawszy ją pospiesznie w szyję, wrócił po torbę. Wyciągnął z niej tabliczkę czekolady, uśmiechając się szeroko. Następnie wyciągnął dwa kieliszki i butelkę wina.
- Ale mi czekoladki - prychnęła, kucając obok niego. Chwilę wpatrywali się w swoje oczy, aż chłopak pochylił głowę i połączył ich usta w namiętnym pocałunku.
Nie było już zimno. Ciszę wypełniały ich oddechy. Wtuleni w siebie, otuleni jednym kocem patrzyli w Księżyc. Rozmawiali o wszystkim.
Tak bardzo się kochali.
***
Zerknęłam na wyświetlacz telefonu i z zaskoczeniem zauważyłam, że jest już 3:45. Droga zajęła nam więcej niż myślałam.
Choć na zewnątrz wyglądałam na spokojną i opanowaną, wewnątrz zżerał mnie strach i poczucie winy. Zostawiłam wszystkich bez jakiejkolwiek wiadomości.
Nie chciałam uciekać. Nie mogłam uciekać. 
Ten odrażający potwór w każdej chwili mógł skrzywdzić moich bliskich, na których naprawdę mi zależało. A ja? Nic nie mogłam zrobić, będąc tak daleko od nich. Nie mogłam ich chronić, nie będąc przy nich.
Rzuciłam rozzłoszczone spojrzenie na Gabriela i Harry'ego, którzy szli przed mną do starego, drewnianego domku, w którym teraz mieliśmy się kryć. Rozmawiali jak starszy kumple.
Ponownie wyciągnęłam telefon i myśl, że Liam nie dał jeszcze żadnego znaku życia od naszej ostatniej rozmowy sprawiła, że kolejna dawka strachu oblała mnie, nie pozwalając pozbierać myśli. Czułam się tak... beznadziejnie. Tak nijako. Nic nie mogłam zrobić. Nic, prócz ucieczki? To nie wydawało się sensowne. NIE CHCIAŁAM UCIEKAĆ. Chęć by zawrócić do domu była taka silna.
Zagryzłam mocno wargę, zatrzymując się i rzucając spojrzenie na pełnię Księżyca.
- Vi? – dobiegł mnie zachrypnięty głos mojego chłopaka.
Nie otworzyłam jednak oczu. Pozwoliłam by zimny, nocny wiatr owinął się wokół mnie. Sądziłam, że dzięki odrobinie chłodu odzyskam resztki rozumu. Że ten nocny chłód będzie czymś w rodzaju zimnym prysznicem.
- Wszystko w porządku?
Jego absurdalne i nie na miejscu pytanie spowodowało, że niemal prychnęłam. Wreszcie otworzyłam powieki i odwróciłam się.
Nie spodziewałam się, że stoi tak blisko. Czubki naszych butów stykały się, a jego zielone tęczówki wpatrywały się we mnie. Czułam się jakby jego wzrok mógł mnie prześwietlić – że teraz, patrząc mi w oczy, wszystko wie. Prześwietla moją duszę.
Zmarszczyłam czoło, spuszczając wzrok na swoje dłonie, które Harry teraz delikatnie muskał swoimi długimi palcami.
Próbowałam się skupić, uspokoić. Jednak złość w moim ciele buzowała nerwowo. Myśli nie chciały się pozbierać.
- Nie chcę uciekać. – wyszeptałam cicho.
- Nie mamy innego wyjścia! – natychmiast odparł, nie spuszczając ze mnie czujnego wzroku.
Fakt, że był taki opanowany i pewny siebie sprawiła, że wpadłam w większą złość.
- Są inne wyjścia, Harold. Tylko ty nie chcesz ich do siebie dopuścić. – rzekłam, odchodząc kilka kroków. Zacisnęłam wargi, a wiatr rozwiał moje włosy.
- Niby jakie? Chcesz walczyć? – jego głos stał się niemal równie zimny jak ta noc. – Gdybym nie pojawił się z Gabrielem na czas już byś nie żyła. Nie radzisz sobie z Motiną, Vi. Daruj sobie myśl, że będziemy z nią walczyć.
- Nie potrafisz nawet uszanować mojej decyzji. – mruknęłam rozzłoszczona coraz bardziej. – Nie potrafisz zrozumieć, że zależy mi na bliskich? Nie chcę ich stracić! A uciekając, na pewno ich stracę! Będzie mnie szukała! Doskonale wie ile dla mnie znaczą bliscy. Zabije… no nie wiem… może zacznie od mojej babci? Nic nie świadomej babci? – w moich oczach stanęły łzy, ale nie pozwoliłam im się wydostać. Nie mogłam pozwolić sobie na chwile słabości. – To sprawi, że tam wrócę. Zbawi mnie, zabijając moich bliskich. Nie lepiej będzie jak od razu będę tam gdzie ona? Niech mnie weźmie, Harry. Ale niech nie zabija ludzi, których kocham.
Stał niewzruszony, a jego wzrok stawał się coraz to chłodniejszy i pozbawiony emocji.
Co się z nim działo? Wyglądał inaczej niż zwykle. Wariowałam? Czy może naprawdę coś z nim było nie w porządku?
- Nic nie rozumiesz – warknął. – VI, ONA CIĘ ZABIJE!
- Rozumiem wszystko! – odwarknęłam, podchodząc bliżej niego. – To ty nic nie rozumiesz.
Niespodziewanie złapał mnie swoimi dłońmi za ramiona i zaczął mną trzepać. Mocno i silnie.
Zacisnęłam powieki i wydostając się z jego uścisku, wymierzyłam mu w twarz siarczysty policzek.
- Co to ma znaczyć?! – zapytał głośno, łapiąc się za policzek. Patrzył na mnie zimno, szeroko otwartymi oczyma. – Dlaczego to zrobiłaś, Vi?!
- Dlaczego ja to zrobiłam? Dlaczego TY to zrobiłeś?
- O co ci chodzi?
- Harry, daj mi spokój!
- Nie dam ci spokoju! – krzyknął, znów do mnie podchodząc. Złapał mnie za dłonie, które mocno ścisnął. Na jego policzku widniał czerwony ślad. – Nie masz pojęcia ile dla mnie znaczysz… Nie pozwolę by TO COŚ cię zabiło. Zrozum.
Oparł swoje czoło o moje i przymknął powieki. Uczyniłam to samo.
Nasze oddechy zaczęły się mieszać, tworząc mieszankę słodkiej i miętowej woni.
Serce dudniło mi w piersi, a ciało drżało z nadmiaru dziwnych i mieszających się emocji.
Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że przed chwilą poniosły nas emocje. Złość. Czy to wszystko przez tego potwora? Czy on prócz zabicia mnie planował również zniszczyć mój związek z Harry’m? Może próbowała mnie odgrodzić od wszystkich, na których mi zależy?
Teraz pozwoliłam łzom płynąć.
- Vi…
- Harry – wyszeptałam i wtuliłam się w niego, mocniej go obejmując. Chciałam by melodia, jaką tworzyło jego bijące serce mnie uspokoiła. By zapach mięty odurzył mnie całą, tworząc mętlik w głowie, ale chwilę gdy wszystko dookoła znika.
- Kocham Cię. – jego wargi musnęły płatek mojego ucha,  a następnie przeniosły się na szyję. Zaczął składać tam gorące pocałunki.
Milion pajączków zaczęło pełzać po moim ciele.
Wsunęłam dłoń w jego loki, rozkoszując się ich miękkością.
- Ja Ciebie też kocham – wymruczałam, otwierając oczy i napotykając zielone tęczówki pełne miłości. – Ale proszę Cię pozwól mi wrócić. Pozwól mi walczyć.
- Nie mogę ci na to pozwolić – odparł, pewnym siebie głosem. – Bo wtedy Ciebie stracę.
- Wciąż nic nie rozumiesz. Harry, nie chcę stracić bliskich.
- Nie stracisz.
- Skąd ta pewność?
- Zaufaj mi.
Teraz czułam się jakbym wpadła w jego pułapkę. Wystarczyły te słowa bym natychmiast zamilkła.
Tylko dziwny skurcz w brzuchu sprawił, że skrzywiłam się.
Czy to możliwe, żebym mu nie ufała?
Jego wargi znajdowały się na tyle blisko moich, że śmiało mogliśmy się pocałować. Pragnęłam by nasze usta złączyły się w namiętnym pocałunku.
Jednak coś…
Odwróciłam głowę i odsunęłam się.
- Gabriel znalazł tutaj jakiś schowek ze starymi książkami. Może znajdziemy tu jakąś informację jak… ją zabić? Na jednej z ksiąg widnieje jej obrazek. Chyba w końcu znaleźliśmy to czego szukaliśmy.
Zwróciłam na niego pełne nadziei spojrzenie.
- Jeżeli nic nie znajdziemy, obiecuję, że jutro nad ranem zawiozę Cię do domu. – rzucił nerwowo, patrząc w moje oczy. – Zgadzasz się?
- Tak. – odpowiedziałam natychmiast i ruszyłam do drzwi. – Trochę tu zimno. Idziemy do środka?
- Chodź. – wymruczał i przyciągnąwszy mnie do piersi, ucałował w czółko. – Zrobię ci gorącej czekolady.
- Dziękuję.
***
Rzuciłam mu pytające spojrzenie, chowając zabłąkane kosmyki włosów za ucho. Upiwszy łyk już zimnej czekolady, starałam się poukładać w myślach to co do tej pory usłyszałam.
Zachrypnięty głos Harolda wypełniał ciszę. Wsłuchiwałam się w to co czytał z zakurzonych, starych ksiąg, starając się za wszelką cenę poukładać to w logiczną całość.
- Teraz rozumiem – rzucił Gabriel, patrząc to na mnie to na Loczka. – A Wy?
- A my nie – odwarknęłam zimno, wstając i strzepując z kolan kurz. – Może nam powiesz co właśnie zrozumiałeś?
- Vi – upomniał mnie Loczek, rzucając oskarżycielskie spojrzenie.
Uspokajał mnie jak małą dziewczynkę co sprawiło, że ponownie wpadłam w złość.
Dlaczego tak bardzo ufał Gabrielowi? Ten facet mnie porwał, a teraz miałam z nim siedzieć w jednym pomieszczeniu?
Mój chłopak najwidoczniej nie potrafił zrozumieć dlaczego tak traktuję jego kumpla. Jednak ja nie miałam zamiaru zmienić zdania.
- Ten potwór ma słaby punkt, prawda? Jak każdy potwór. – zaczął żółtooki, cicho westchnąwszy. – Nie potrafiliście wyciągnąć sensu z jednego zdania? Motina ma jeden słaby punkt, którym możemy się posłużyć. Możemy ją pokonać.
- Jeżeli dalej będziesz mówić zagadkami zastanie nas południe – wtrącił Harry.
- Chodzi o to że jedyną bronią na niego… jest ktoś bliski jej ostatniej ofiary.
- SŁUCHAM?! – wybałuszyłam na niego oczy.
Nastąpiła chwila ciszy, którą ktokolwiek z nas bał się przerwać.
- Skąd mamy wiedzieć kto był jej ostatnią ofiarą?
- Nie wiesz? – zaskoczony Gabriel przeniósł po raz pierwszy odkąd razem się tutaj znaleźliśmy swoje żółte, lśniące oczy. – Wydaje mi się, że wiesz to z nas obu najlepiej.
Nagle w gardle poczułam ogromną gulę, której nie potrafiłam się pozbyć nawet kilkoma przełknięciami.
Fala strachu oblała mnie, zabierając zdrowy rozsądek.
Teraz w myślach stanęła mi jego twarz – uśmiechnięty, pełen troski, kochany.
Miał zginąć? Nie mogłam na to pozwolić.
- Liam. – wyszeptałam, chowając twarz w dłoniach. Usilnie starałam się powstrzymać drżące ciało. – Nie pozwolę na to.
- To jedyne wyjście.
- NIE MA MOWY! – wrzasnęłam, obrzucając ich obu wściekłym spojrzeniem. – Nigdy na to nie pozwolę. Liam nie może umrzeć.
- Vi, ten potwór cię zabije! – wtrącił się Harry, który do tej pory milczał jak zaklęty.
Starałam się z nim porozmawiać za pomocą długich spojrzeń jednak to poszło na marne. On nic nie rozumiał.
- Liam nie zginie. Powtarzam to ostatni raz. – to powiedziawszy, złapałam za swój płaszcz i wyszłam na dwór.
Na zewnątrz powoli majaczył wschód słońca. Wpatrywałam się w budzące do życia słońce, starając się uspokoić.
Cokolwiek się miało dziać nie dam Liamowi zginąć.
Nawet jeżeli to miało oznaczać, że Motina zabije mnie.
Z rozmyśleń wyrwał mnie dźwięk szeleszczących liści. Niepewnie odwróciłam się, nie czując nawet strachu.
Obojętnym wzrokiem wpatrywałam się w postać mężczyzny, który zmierzał w moją stronę.
Zajęło mi dość dużo czasu zanim zorientowałam się kto przede mną stoi.
- Tato?
------------------------------------------
Cześć Wam wszystkim! Jak się macie? Jak wrażenia po nowym rozdziale?
Jeżeli mam być z Wami szczera (a tak raczej będzie najlepiej) to słabo mi wyszedł ten rozdział. Starałam się coś pozmieniać, ale doszłam do wniosku, że bardziej wszystko spapram, dlatego też wklejam już to i liczę, że to co się tutaj znajdzie wam się spodoba. :)
Pragnę Wam z całego serca podziękować za wszystkie opinie, które mnie motywują i sprawiają, że uśmiecham się do monitora. Jesteście niesamowici. Wiem, że pisałam to już naprawdę mnóstwo razy, ale powinniście wiedzieć, że będę tak pisać cały czas. Dopóki będziecie ze mną trwać (a mam nadzieję, że będziecie ze mną do samiutkiego końca).
Życzę wam miłego wieczorku i czekam na opinie. :*